sobota, 31 sierpnia 2019

Tool - Fear Inoculum



Rok 2001. Wyjazd do Poznania. Powrót późnym wieczorem. Wchodzę do domu, wyciągam płytę z torby, rozpakowuje z folii, tacka odtwarzacz CD wysuwa się, wjeżdża do środka. Naciskam na pilocie przycisk PLAY. Nie pamiętam o której godzinie, albo inaczej po jakim czasie słyszę głos żony z drugiego pokoju 'No chodź już'.

Takie wspomnienia mam z pierwszym słuchaniem płyty 'Lateralus'. Stoi sobie na półce, kurzem nie jest zupełnie przykryta. Nie ma prawa.
Kiedyś szukałem informacji o nowej płycie. Życie pochłonęło mnie, wciągnęło w swoje tryby. Nie zapomniałem o zespole ale stwierdziłem, że będzie jak z grami od Blizzard. Wydadzą jak będzie gotowa.

Dziś po przesłuchaniu można pokusić się o odpowiedź na pytanie 'Czy było warto czekać?'
Skoro pytanie jest ogólne, to można odpowiedzieć jednym słowem. I słowem tym jest 'Tak'. Tylko czy taka odpowiedź jest wystarczająca? Oczywiście, że nie. Nie będę tu starał się udowodnić, że znam się na muzyce. Słucham jej (chodzi mi o takie słuchanie że zrozumieniem, świadome, z wyboru) od jakiś 30 lat. Muzyka musi zagrać na moich emocjach. Albo coś pokocham albo nie. W 2001 pokochałem 'Lateralusa'. Ślepo, nie znalazłem tam wad. Później było '10000 Days'. I teraz, po 13 latach nowa płyta.

Prosta, a zarazem skomplikowana. Prosta, przecież zespół niczego nowego nie wymyśla (wymyślił raz i dla mnie wystarcza), skomplikowana - próbowałem pisać coś o niej gdy w słuchawkach rozbrzmiewały kolejne utwory. Nie dałem rady, nie mogłem pisać, muzyka absorbowała mnie bez reszty. Próbowałem wykonywać proste czynności (zaparzyć sobie herbatę) i zatrzymywałem się w kuchni przy kolejnym słuchaniu 'Descending' gdy woda w czajniku znikała pod postacią pary.

Mam świadomość, że podobne dźwięki już słyszałem na poprzednich płytach. Rozwiązania z narastającym napięciem, z niby kończeniem utworów w połowie by po chwili kontynuować przez kolejne minuty.

Płyta zupełnie nie przystaje do tego co dookoła, absorbuje naszą uwagę bez reszty, nie kusi prostymi melodiami, nie pozwala na chwilę wytchnienia. Pochłania słuchacza bez reszty. Zupełnie nie nadaje się słuchania podczas biegania, jazdy na rowerze. Nie ma przebojowych refrenów, nie można, że tak powiem przeskakiwać w trakcie piosenki do jakiegoś fragmentu. Tutaj wszystko ma swoje miejsce, jest dokładnie przemyślane. To wszystko co napisałem przed chwilą to nie zarzuty z mojej strony. To raczej ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby posłuchać jej tak w tle, przy okazji jakiejś przyziemnej czynności. Tak się nie da. Trzeba usiąść i posłuchać. Spędzić z nią i tylko z nią te prawie 90 minut w wersji cyfrowej. A po zakończeniu krzyknąć jak osioł że Shreka 'Ja chcę jeszcze raz'.

Rok 2019. Noc. Słucham kolejny raz, podchodzi do mnie córka, zatrzymuje muzykę i słyszę 'Dobranoc, czego tak głośno słuchasz?'. 'Nowego Toola'.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz